Porady Taty czyli jak mieć dobry kontakt ze swoimi dziećmi. A jakie są dzieci? Przecież można poczytać...
Kategorie: Wszystkie | Córka | Dr. Ysek | Dziecięce mądrości | Kontakt | Syn | Tata - Tacie
RSS
wtorek, 16 kwietnia 2013

Jakiś czas temu rozmawiałem z czternastoletnią Sylwią. Była rozżalona na swojego ojca, z którym mieszka, po rozwodzie rodziców. "On nie ma dla mnie czasu. Ciągle tylko pracuje i pracuje. A kiedy jest w domu, to albo jeszcze pracuje, albo siedzi przed komputerem z otwartym GG".  "Ależ zawsze możesz do mnie przyjść i pogadać. Nawet jeśli będę miał coś ważnego do zrobienia, przerwę to" - bronił się tata. "Ty do mnie wcale nie przychodzisz ostatnio" - dodał po chwili. 

Tak, to była trudna sytuacja. Z jednej strony jestem zwolennikiem towarzyszenia dziecku, a ono zakłada jego aktywność, samodzielność, możliwość podejmowania decyzji dotyczących własnego życia, z drugiej zaś rozumiałem Sylwię, która twierdząc, że nie chce przeszkadzać zapracowanemu ojcu, usiłowała rozwiązywać swoje problemy całkiem sama. Aż w pewnym momencie te po prostu ją przerosły.

Czas po rozstaniu rodziców to czas bardzo szczególny. Specjaliści twierdzą, że rozwód jest jedną z najbardziej stresujących sytuacji w całym życiu człowieka. Jeśli jeszcze przebiega on w spokoju, jeśli dorośli wykorzystują umiejętność porozumienia się i nie obarczają siebie nawzajem winą za zaistniałą sytuację, a dziecko nie jest angażowane przez żadną ze stron w ich sprawy, sytuacja jest do opanowania. Gorzej, jeśli rzecz dzieje się w atmosferze nieustannego napięcia, wzajemnych oskarżeń i robienia sobie na złość. Wtedy sytuacja staje się nie do zniesienia. Dopiero po rozstaniu następuje względna cisza i napięcie stopniowo opada. Wszyscy są jednak tak zmęczeni, że pragną tylko jednego - spokoju. Następuje etap zapatrzenia w siebie. Niestety napięcie znowu rośnie, gdyż w całym układzie brakuje co najmniej jednego elementu - osoby, która odeszła. I tę "pustkę" trzeba w jakiś sposób wypełnić. Ktoś musi przejąć obowiązki, ktoś musi wejść w rolę, jaką ta osoba pełniła. Może nie do końca, nie całkowicie, ale jednak. Tu właśnie tak było.

W pewnym momencie babcia - matka ojca - zaczęła mówić do niej, że teraz ona powinna zacząć być gospodynią tego domu, że to na jej barki spadły obowiązki matki. Że musi się zmobilizować, że jest już duża i musi się zatroszczyć o ojca, o dom... Że ona, to w jej wieku... Dla dziecka takie słowa okazały się katastrofą.

Zawsze daleki byłem od tego, że należy wyręczać dzieci we wszystkim. Uważam, że od najmłodszych lat dziecko powinno być wdrażane do różnego rodzaju zajęć, prac. Rzecz jasna - adekwatnych do jego wieku i możliwości. Hasła stających w obronie moich dzieci dorosłych - "on jest jeszcze taki mały", "przecież widzisz, że nie potrafi" czy "jest zmęczony", każdorazowo powodowały moją wewnętrzną złość i frustrację. Nie udawałem, że ich nie słyszę, starałem się być konsekwentnym, ale wiedziałem, że gdyby wszyscy dorośli postępowali podobnie do mnie, proces wychowania przebiegał by dużo łatwiej i skuteczniej.

Czy można powiedzieć, że zadanie, jakie postawiono przed Sylwią, było adekwatne do jej wieku i możliwości? Nie. Trudno się zatem dziwić jej oporowi, rezygnacji. Nie ma sensu dziwić się też, że coraz trudniej przychodziło jej rozmawianie o swoich problemach z ojcem, że czuła się niezrozumiana, zostawiona samej sobie. Zastanów się, czy wymagania, jakie stawiasz swojemu dziecku, są dla niego do zniesienia. Nie, nie odpowiem na pytanie, jakie obowiązki powinien mieć cztero-, jakie ośmio-, a jakie dwunastolatek. Po prostu z nim o tym porozmawiaj. Określcie jasno, co powinien robić. Zapytaj, czy da sobie radę. Zaproponuj mu realną pomoc.

Kiedy mój syn był kilkuletnim malcem, do jego obowiązków należało sprzątanie zabawek po zakończonej zabawie. Nie ma sensu udawać - bardzo tego nie lubił robić. Kiedy widziałem, że ma już dość, że już nie ma sposobu, aby go zmobilizować do zakończenia sprzątania, pytałem, czy chce, żeby mu pomóc. Zawsze się zgadzał. I wierz, albo nie, kończyliśmy sprzątnie w mgnieniu oka.

piątek, 12 kwietnia 2013

Nie tak dawno miałem okazję wracać z wyjazdu z dwójką uroczych dzieciaków. Chłopiec i dziewczynka, szkoła podstawowa. Wszystko było w miarę ok, dopóki nie wsiedliśmy do samochodu. Na tylnej kanapie rozgrywały się w totalnym milczeniu dantejskie sceny - z rękoczynami, a może przede wszystkim z nimi - włącznie. Mama dzieciaków, jadąca obok mnie na przednim siedzeniu, po pięciu minutach miała serdecznie dosyć. Przypomniało mi się wtedy, że kiedy podróżowałem z moimi własnymi dziećmi, sytuacja była podobna. Jedyną różnicą, jaką zaobserwowałem było to, że moje dzieciaki, szturchając się i popychając wzajemnie, nie przebierały do tego w słowach.

Podczas jednego ze szkoleń pracowaliśmy w czteroosobowych zespołach. Pamiętam, że w pewnym momencie należało odegrać  scenkę. Gwoli ścisłości scenkę odgrywały tak naprawdę trzy osoby - dwie które udawały kłócące się rodzeństwo i trzecia która miała być terapeutą. Czwarta, niczego nie była świadoma, obsadzona została w roli rodzica. Zadaniem dzieci było zrobienie "rodzicowi" prawdziwej "jazdy", terapeuta miał odwracać uwagę "rodzica" od jego pociech. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej, eksperymentalnej sytuacji, nie było prawdziwych rodziców, ani prawdziwych dzieci. Być może dorosłe dzieci za bardzo przejęły się rolą i "dopiekały" trochę zbyt mocno. Ale tak czy inaczej, we wszystkich uruchomiły się rzeczywiste uczucia i emocje.

Kiedy omawialiśmy ćwiczenie, wszyscy "rodzice" generalnie mówili to samo, choć nieco innymi słowami: "krew mnie zalewała", "myślałem, że nie wytrzymam", "chciałam wstać, podejść do dzieci i z całej siły wrzasnąć". Krótko mówiąc nie potrafili oni poradzić sobie ze swoimi, własnymi emocjami. Cóż zatem dzieje się w sercu prawdziwego rodzica? Ty również nie raz byłeś w podobnej sytuacji i zapewne znasz owe uczucia. Złość przemieszana z bezsilnością. Boli, prawda?

Co mówiły dzieci? Mówiły: "widziałem, że matka mnie obserwuje", "czekałem kiedy on wybuchnie", "zastanawiałem się, na ile jeszcze mogę sobie pozwolić", "czułem się lekceważona, więc robiłam jeszcze większą zadymę".

Prowadząca zapytała nas, co takiego powodowało rozdrażnienie "rodzica". "Hałas", "wstyd za własne dzieci", "to, że rodzeństwo nie umie się ze sobą dogadać", "przecież zaczęli się bić", "on mógł jej zrobić krzywdę" - usłyszeliśmy w odpowiedzi. A czy komuś stała się krzywda? - ciągnęła dalej prowadząca. "No... tak naprawdę to... nie".

Tak naprawdę problem leży po stronie nas, dorosłych. To my nie potrafimy poradzić sobie z emocjami. Wydaje nam się, że wszyscy na nas patrzą, że oceniają nas przez pryzmat zachowania naszych dzieci. Tak, jakby to, w jaki sposób zachowują się dzieci, mogło świadczyć o tym, w jaki sposób angażujemy się w ich wychowanie, co jest oczywistą bzdurą do kwadratu. "Cóż zatem mam robić, kiedy one tak..." - zapytała mnie moja współpasażerka. Odpowiedziałem krótko - Zareaguj jeden raz i powiedz krótko o tym, że obserwujesz ich zachowanie, oraz że wcale Ci się ono nie podoba, a potem daj sobie spokój. Jeśli przestaną - dobrze, jeśli nie... to nie. No chyba, że poleje się krew...

Na szkoleniu prowadząca powiedziała nam - bądź co bądź - specjalistom, że powinniśmy obejrzeć sobie dobry film przyrodniczy. Najlepiej o życiu dzikich zwierząt. Ot, choćby lwów. Małe lwiątka baraszkując na sawannie pod obserwacją matki-lwicy zachowują się czasem bardzo podobnie. Gryzą się, drapią, warczą na siebie i z punktu widzenia obserwatora wygląda to czasem nadzwyczaj niebezpiecznie i prawdziwie. Co gorsza, w tym wszystkim czasami dostanie się nawet dorosłej lwicy. Czy ona reaguje gwałtownie? Czy ona w ogóle reaguje? Czy kiedy tylko malcy ruszają do boju, skacząc sobie do gardeł, przegania je? Rozdziela? Ryczy na nie tubalnym głosem. Ano nie. Matka lwica najczęściej spokojnie obserwuje walki swoich dzieci-lwiątek wylegując się w cieniu pozwalając im na to wszystko. Dlaczego? Czyżby nie miała w sobie instynktu? Czy może jest leniwa? Nie. Ona wie, że tak naprawdę, one nie robią sobie krzywdy, nawet jeśli jeden drugiego porządnie podrapie.

Powiesz - ale my nie jesteśmy dzikimi zwierzętami. My jesteśmy ludźmi i mamy rozum. Zgadzam się z tobą. Nie oznacza to jednak, że przez takie zachowania nasze dzieci również nie uczą się radzenia sobie w świecie. Radzenia, w którym nie będzie miejsca na prawdziwe krzywdzenie innych.

 

piątek, 29 marca 2013

Jedna z teorii głosi, że wszystkie dzieci można zasadniczo podzielić na dwie grupy: czyste i szczęśliwe...  Wywołało to uśmiech na Twojej twarzy? Nie dziwię się. To taka żartobliwość, którą dawno temu usłyszałem. Ja też się wtedy uśmiechnąłem.

Przez długi czas żart ten funkcjonował w moim życiu jedynie jako dobry żart. Kiedyś jednak pochyliłem się nad tymi słowami i okazało się, że zawierają w sobie ogromną mądrość życiową. Mądrość, którą mogłem odnieść do wielu sytuacji. Zastanów się, czyż nie jest tak, że dzieciak lubi być umorusany? Czyż nie lubi rozbryzgiwać kałuż po wiosennym deszczu? Czy przejmuje się tym, że ma ręce ubarwione farbami? Nie. A teraz pomyśl, jaki masz w sobie obraz dziecka czystego. Odświętnie ubranego na babcine imieniny. Czy kojarzy Ci się ze szczęśliwością? Mnie nie do końca.

Pamiętam, że gdy byłem kilkuletnim dzieckiem moja mama narzekała, że jestem wiecznie umorusany. Mówiła, że kiedy w ciepłe dni wracała z pracy, to ze zgrai bawiących się w piaskownicy czy pod trzepakiem dzieciaków wyciągała tego najbrudniejszego i to zawsze byłem ja... Pamiętam, że nigdy nie stroniłem nawet od najbardziej brudzącej zabawy. Ale mogę też powiedzieć, że postrzegam moje dzieciństwo jako szczęśliwe. Pamiętam też takie sytuacje, kiedy zmuszony do bycia czystym. Czułem się wtedy nieszczególnie. Dlaczego? Bo to nie było moje.

Sam również pozwalałem moim dzieciom zachowywać się podobnie. Nigdy miałem pretensji, że nie są czyste. Nigdy nie miałem aspiracji, żeby się chwalić ich czystością i ugrzecznieniem. Przed kimkolwiek. Bo czyż nie jest tak, że dzieci czyste postrzegane są jako te znacznie bardziej grzeczne? A skoro tak jest, to mając czyste dziecko sam jesteś postrzegany jako rodzic bardzo dbający, lepiej wychowujący, przestrzegający zasad? Tylko jakich - tak naprawdę? Ileż to razy usłyszałem, że moje dzieci mają być czyste, bo zaraz przyjdą goście. Czyli nie czyste dla siebie, dla własnego poczucia zadowolenia, ale dla kogoś, dla czyjegoś poczucia zadowolenia - rodzica, gości.

Chciałbym być dobrze zrozumianym. Nie namawiam cię do tego, żebyś pozwolił dziecku na wszystko. To nie tak, że zabierasz go do kina, na niedzielny spacer czy babcine imieniny brudnego, czy w podartych ubraniach. Chodzi o to, żeby to dziecko chciało być czyste. To możliwe. Pozostaje pytanie, jak to sprawić?

Zacząłbym od tego, żeby usłyszało, jak bardzo ci na tym zależy. TOBIE. Powiedz mu to po prostu. Prawdopodobnie w odpowiedzi usłyszysz proste pytanie "dlaczego?". Musisz mieć na nie przygotowaną odpowiedź. Powiedz prawdę. Powiedz, że chcesz aby inni ludzie zobaczyli jakie masz wspaniałe, fantastyczne dziecko. Możesz oczywiście dodać, że bardzo je kochasz i właśnie dlatego tak bardzo Ci zależy żeby dobrze było widziane przez innych. To uczciwa odpowiedź. Zobaczysz, że ono to doceni. I pamiętaj, że wielokrotnie powtarzanie tego samego działania daje efekt. W głowie powstaje skojarzenie: czysty=akceptowany. Dokładnie tego ono oczekuje - bycia akceptowanym. Jak zresztą każdy z nas.

I jeszcze jedno. Naucz się nie robić tragedii z tego, że "przytrafiło się nieszczęście". Nieszczęście w sensie ubrudzenia się. Powstrzymaj się od lamentowania, wymówek takich jak: "wiedziałem  że tak będzie", oskarżeń w stylu: "gdybyś uważał...". Powiedz, po prostu: "To naprawdę przykre zdarzenie. Chciałbym żebyś bardziej uważał". I pomóż mu oczyścić się, na ile będzie to tylko możliwe. Ono tak naprawdę zostało już ukarane. Samo przez siebie.

piątek, 22 marca 2013

Jest kilka takich słów, które denerwują każdego rodzica. Jedno z nich jest jednak szczególne. Zgadniesz, jakie to słowo? Tak,tym słowem jest "zaraz". Ilekroć byś nie prosił: "wynieś śmieci", "sprzątnij to ze stołu", "zrób porządek w swoim pokoju", "idź na spacer z psem", "naucz się wiersza", "już czas wyjść do szkoły"... nieodmiennie najczęściej usłyszaną odpowiedzią będzie: "zaraz". I nie pomaga odpowiedź rodem z angielskiego humoru, że "zaraz" to taka duuuuża bakteria.

Dzieci mają inaczej niż dorośli. Mają inne poczucie czasu. Jako odpowiedzialny ojciec potrafisz dostrzec problem i wiążące się z nim konsekwencje, nawet te daleko odroczone. Wiesz, że jeśli twoje dziecko nie poprawi słabych ocen z matematyki, to może grozić mu ocena niedostateczna na świadectwie. Wiesz, że jeśli syn nie będzie się uczył, to nie dostanie się do dobrej szkoły, a w konsekwencji dostanie w przyszłości gorszą pracę, o ile w ogóle ją dostanie. Wiesz, że ten chłopak nie pasuje do twojej córki, choć ona uparła się, że z nim będzie, bo widzisz, że niewłaściwie ją traktuje, czego ona, zakochana w nim po uszy zupełnie nie dostrzega. Bo dziecko, nawet te nastoletnie, inaczej wyobraża sobie przyszłość. Dla niego teraz jest dziś albo nawet w tej chwili, a przyszłość to jutro, pojutrze. No góra za tydzień, dwa. Nie więcej. Zatem straszenie dzieciaka tym, co wydarzy się w dalszej perspektywie to tylko czcza gadanina, na którą, krótko mówiąc, szkoda nawet czasu. Ono i tak nie zrozumie.

Musisz spróbować inaczej. Musisz nauczyć się określać konsekwencje dla znacznie krótszego czasu. Tak jak powiedziałem - nic na zapas - nie więcej niż na dwa tygodnie wprzód. Inaczej się nie da. Tak, wymaga to większego zastanowienia, głębszego przemyślenia. Wiem, że to niełatwe. Ale chodzi przecież o efekt, prawda?

"Zaraz" od którego rozpocząłem dziś moje pisanie, z tym właśnie się wiąże. "Zaraz" określa przyszłość. Jest takim "Nie teraz". I najczęściej nie chodzi o to, że dziecko nie chce wykonać danej czynności, ale o to, że odkłada to na przyszłość. Czy potrafisz to zaakceptować? Jeśli potrafisz, po prostu zapytaj, kiedy to się stanie. Kiedy owo "zaraz" nastąpi? Niech to dokładnie określi. Ono, nie ty. I bądź konsekwentny. A konsekwentny będziesz, jeśli wrócisz i sprawdzisz, czy obietnica została dotrzymana. Może to dziwnie zabrzmi, ale kontrolując budujesz swój autorytet. Pokazujesz, że Ci zależy, że samo dziecko i to co ono robi jest dla ciebie ważne.

Kiedy znowu coś napiszę? Zaraz...

czwartek, 21 marca 2013

Nigdy nie ukrywałem poglądu, że w życiu każdego dziecka ważni są oboje rodzice. Na równi. Stanowczo nie zgadzam się z poglądem lansowanym przez Sądy Rodzinne w naszym kraju, iż matka jest dla dziecka "lepsza" niż ojciec, że bardziej nadaje się do sprawowania opieki i wychowania. W każdym przypadku jest to sprawa indywidualna. Zresztą sprawiedliwie, to nie znaczy równo...

Od samego początku prowadzenia mojego bloga nie ukrywałem również, że kwestia bycia ojcem - i to najlepszym ojcem - jest moją myślą przewodnią. Co prawda z moich doświadczeń czy rad może skorzystać każdy, czy to ojciec, czy matka, babcia czy dziadek, słowem każdy, kto zajmuje się opieką i wychowaniem dziecka. W zamyśle kieruję jednak swoje słowa w pierwszym rzędzie do ojców. Już dawno temu zauważyłem, że rola ojca ulega coraz to większemu umniejszeniu. Dewaluuje się w świadomości społecznej. Nie ma sensu analizować, co jest tego powodem, to nie jest odpowiednie do tego miejsce. Bardzo zależy mi na tym, aby ta niekorzystna tendencja uległa odwróceniu. My ojcowie musimy sami o to zadbać, sami tego dokonać.

Przez mojego bloga poznałem też ojców, którzy walczą o swoje dziecko. Walczą, ale potrzebują wsparcia. Postanowiłem zaangażować się w promowanie działań tych ludzi. Tych którzy walczą o prawo do normalnego kontaktowania się z dzieckiem, walczą z manipulacyjnymi działaniami matek swoich dzieci (wbrew pozorom nie jest to rzadkie zjawisko), domagają się równego traktowania przy powierzaniu opieki nad dzieckiem... Zdaję sobie sprawę z faktu, że w przypadku rozpadu związku matki i ojca dziecka - celowo nie używam słowa "małżeństwa" ale "związku" - najczęściej to mężczyzna w niewystarczającym stopniu przejmuje się jego losem. A bywa, że nie interesuje się nim wcale. Takie postępowanie jest niewłaściwe i stanowczo mu się przeciwstawiam. Jednakże traktowanie wszystkich ojców tą miarą, jest co najmniej nieporozumieniem.

Niesprawiedliwością jest sprowadzenie ojca do roli osoby płacącej na utrzymanie swojego dziecka. W przypływie czarnego humoru ktoś nazwał takich ojców "tatomatami", które spełniają pewnego rodzaju usługę, według następującego schematu: 1. Ja kobieta mówię Ci ile pieniędzy potrzebuję, 2. Ty grzecznie płać, 3. Jeśli zechcę, wydawaj mi potrzebne kwity, 4. Stój w miejscu i nie podchodź do nas. To jest totalna bzdura. Bzdura, która jednak nie raz i nie dwa znajduje usankcjonowanie w prawniczym świecie.

Solidaryzuję się z wami, ojcowie. Zachęcam wszystkich, by pomóc tym, którzy naprawdę na to zasługują. Zajrzyjcie na: dzielnytata.pl

czwartek, 14 marca 2013

Był śliczny, wiosenny poranek. Kończył się powoli rok szkolny. Jak co dzień odprowadzałem mojego syna, ucznia pierwszej klasy, do szkoły.  Aby wejść na teren szkoły należało przejść przez wąską furtkę. Była ona na tyle wąska, że mieściła się w niej tylko jedna osoba. Idąc w stronę furtki zauważyłem grupę czterech czy pięciu starszych dziewcząt, ani chybi, szóstoklasistek, choć wyglądem przypominających raczej uczennice ostatniej klasy gimnazjum niż szkoły podstawowej. Mocno wycięte bluzeczki, krótkie spódniczki, kolorowe kolanówki, trampki, a do tego szminka na ustach, lakier na paznokciach... Kiedy byliśmy dosłownie metr przed nimi, jedna z nich odwróciła się i patrząc na syna pokazała zęby w słodkim uśmiechu, a następnie odezwała się - delikatnie mówiąc - zalotnym głosem: "Czeeeść Misieeek..." Ton jej głosu był dla mnie więcej niż porażający. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy syn, całkowicie niespeszony, odpowiedział krótko: "Cześć Ola. Cześć dziewczyny". Ze strony pozostałych dziewcząt również dobiegły słowa powitania. Moje oczy zrobiły się wielkie jak młyńskie koła...

Kiedy minął mi pierwszy szok, a zajęło to dobre kilkanaście sekund, przyciszonym głosem zapytałem pierworodnego: "Znasz te dziewczyny?". "Jasne tato - odpowiedział z największym spokojem - to moje koleżanki ze świetlicy szkolnej..." Moja mina, delikatnie mówiąc - bezcenna.

środa, 13 marca 2013

W życiu niejednego faceta przychodzi taki moment, w którym nie jest w stanie dłużej żyć w związku z kobietą, która jest matką jego dzieci. I dla jasności dodam, że zasada ta działa również w drugą stronę. Nie ma sensu analizować tu przyczyn rozpadu związków, gdyż jest ich tyle, ile zerwanych związków. Zresztą i nie o to chodzi. Chodzi o to, co się dzieje później. Pół biedy, jeśli oboje rodzice są na tyle światłymi ludźmi, że potrafią z zgodzie podzielić się obowiązkami wynikającymi z roli matki czy ojca i zadbać o swoje dziecko. Gorzej, jeśli jest inaczej.

Z mojego doświadczenia wynika, że bardzo często odchodzący nie tylko zrywa kontakt ze swoją życiową partnerką (przykro stwierdzić, ale częściej są to mężczyźni), ale również ze swoim dzieckiem. Po prostu próbuje się w ten sposób uwolnić od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Pod szumnym stwierdzeniem o konieczności rozpoczęcia nowego życia, skrywa lekceważenie i ignorancję. I znowu, nie zastanawiam się nad powodami takiego postępowania, bo część z nich jest rzeczywista, a część wydumana. Po prostu uważam, że takie postępowanie jest złe. Świadczy o braku miłości do dziecka. Miłości, która bezwzględnie i bezdyskusyjnie mu się należy, tylko i wyłącznie dlatego, że jest twoim dzieckiem. Jeśli zatem uciekłeś, jeśli szukasz usprawiedliwienia dla swojego postępowania, jeśli wydaje Ci się, że tak będzie / jest lepiej - OTWÓRZ OCZY! To ty masz dać swojemu dziecku, co tylko możesz. I nie mów przypadkiem, że to wina drugiej strony. To nie powinno cię wcale obchodzić, niezależnie od tego, w jaki sposób druga strona postępuje. Ty masz być dla dziecka wsparciem. Ty masz dać mu wiarę w siebie. Ty masz zapewnić mu poczucie bezpiecznego w życiu, jak tylko potrafisz najlepiej. Ty masz być ojcem. ZAWSZE! Jeśli tego nie robisz - opamiętaj się. BĄDŹ OJCEM!!!

Bywa jednak i tak, że partner przy którym zostaje dziecko (niemal zawsze jest to kobieta) robi wszystko, żeby zerwać relacje ojca z dzieckiem. Niezależnie od tego, jakie one wcześniej były, robi wszystko, żeby druga strona straciła również dziecko. Mówiąc wprost - manipuluje dzieckiem, gra na jego uczuciach, swoją złość, nienawiść przelewa na nie, mówiąc, jakim to jego ojciec jest draniem, złym człowiekiem, oszustem i co tam jeszcze. Odgrywa się w ten sposób na "swoim byłym" za swoją samotność, za odtrącenie, za niespełnienie. Nie wiesz o co w tym chodzi? To proste. O UPOKORZENIE ciebie. Także i tu nie będę analizował, po czyjej stronie leży słuszność. Powiem za to, że jeśli to ty postępujesz w taki sposób, to KRZYWDZISZ WŁASNE DZIECKO. Czy wydaje ci się, że to się na tobie nie zemści? Czy wydaje ci się, że zawsze tak będzie? Czy uważasz, że nigdy nikt nie powie dziecku "to nie było tak", nie sprowokuje do refleksji, zastanowienia się?

Będąc w sytuacji odosobnionego nieustannie zastanawiasz się, co możesz zrobić. Nic?

Czujesz bezsilność, prawda? Czujesz złość, zgadza się? Nie masz pojęcia, jak możesz to odmienić? Powiem ci. Możesz o WIELE więcej, niż przypuszczasz. Najważniejszą rzeczą jest to, aby twoje dziecko wiedziało, że jesteś jego ojcem i że je bardzo kochasz. Mów mu o tym tak często, jak tylko się da. Ono musi wiedzieć, że jesteś i że zawsze może na ciebie liczyć. Nie obrażaj się, nie strzelaj focha, nawet jeśli całkowicie cię ignoruje. To nie jego wina. Wykorzystaj wszystkie znane Ci kanały komunikacyjne do łączności z nim. Telefonuj, pisz sms-y, pisz maile, pisz tradycyjne listy, wysyłaj mu pozdrowienia z wyjazdów, kartki na święta, rób prezenty na imieniny, rocznice... Pamiętaj, że nie możesz w żaden sposób wtłaczać w nie poczucia winy, bo nie ono jest winne temu, co się dzieje. Nawet jeśli otwarcie staje przeciwko tobie, nawet jeśli mówi do ciebie "proszę pana" zamiast "tato", nawet jeśli cię ignoruje... To, co Ci robi, stanowi jego mechanizm obronny. Bo sobie z tym po prostu nie radzi. Absolutnie nie łam, nie niszcz tego mechanizmu na siłę. Jeśli zniszczysz, co mu pozostanie? Jak sobie poradzi? Odpowiedź jest prosta: niszcząc siebie.

Możesz zrobić jeszcze jedno, choć to jest niemożliwie trudne. Możesz WYBACZYĆ swojemu partnerowi. Tak, wiem, posypią się zaraz gromy na moją biedną głowę. Spadną pytania: "Dlaczego?", "Przecież ona..., więc?", "To niesprawiedliwe, jak można...?". Tak, zdaję sobie sprawę z powagi moich słów. Wiem, jaki ładunek emocjonalny za sobą niosą. Zadam jednak proste pytanie: Na czym ci naprawdę zależy? Jeśli na miłości do dziecka, to nie powinno być w tobie nienawiści. Bo miłość i nienawiść są ze sobą w totalnej sprzeczności. Nie mogą trwać obok siebie w tobie, bo CIEBIE w końcu zniszczą... A ty musisz zaleźć wewnętrzny spokój, wewnętrzną równowagę. I żeby była całkowita jasność. Nie mówię poddaj się, nie mówię przestań walczyć o swoje dziecko, nie mówię bądź bierny i pozwól sobie wejść na głowę, nie mówię zacznij z powrotem kochać jego matkę. Nie. Mówię: KOCHAJ SWOJE DZIECKO. Pokaż mu, że w imię miłości do niego potrafisz zrezygnować z nienawiści. Że szanujesz je i jego decyzje. Że jest dla ciebie ważne. Że zawsze będzie miało w tobie oparcie.

W końcu to ty JESTEŚ jego OJCEM.

wtorek, 12 marca 2013

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze moich dzieci nie było na świecie, bardzo lubiłem gry komputerowe. Nie żebym był maniakiem spędzającym całe noce przed komputerem, ale jednak grywałem. Era gier komputerowych skończyła się dla mnie wraz z narodzeniem się syna. Zdając sobie sprawę z tego, jak opieka nad Nowonarodzonym jest wyczerpująca, zarzuciłem gry. Nocami wyrywałem się z błogiego snu, by podać mamie małego głodomora do karmienia, nosiłem go na rękach, gdy płakał, pomagałem w pielęgnowaniu. Trudno się więc dziwić, że resztę czasu wolałem raczej poświęcić na sen, niż na grę.

Jedyną formą kontaktu z grami, jaką dla siebie pozostawiłem, była prasa. Kupowałem jeden, bajecznie kolorowy, miesięcznik i czytałem. Recenzje, opisy gier, zapowiedzi... I uśmiechałem się sam do siebie marząc o tym, by kiedyś jeszcze powrócić do swojego hobby i zagrać.

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się zaczęło. Syn miał wtedy mniej więcej 2 lata, ale może trochę więcej. Kiedy brałem do ręki miesięcznik, on gramolił się na moje kolana i zaczynało się wspólne przeglądanie. Bardzo szybko dostrzegł duże, bodajże czerwone cyfry u dołu większości kartek. Cyfry z przedziału od 1 do 10. On przewracał kartki, ja czytałem na głos, jaka to cyfra. Pięć, siedem, osiem, trzy, osiem... Kiedy dochodziliśmy do końca czasopisma, następował powrót do początku. I znowu: pięć, siedem, osiem, trzy, osiem... I tak jeszcze kilka razy. Potem doszły do tego znaki "+" i "-" wraz z wyjaśnieniami, co właściwie one oznaczają.

Pewnego dnia mieliśmy zrobić zakupy. My dwaj. Gdy wyszliśmy przed dom on zadecydował: "Idziemy do trójki, tato!". Do trójki? Do jakiej znowu trójki - myślałem gorączkowo. Ja nie wiedziałem dokąd mam iść, on - jak mnie tam zaprowadzić. W końcu zrobiliśmy zakupy w osiedlowym markecie, z czego synek, delikatnie mówiąc, w nawet najmniejszym stopniu nie był zadowolony. Przez kilka dni zastanawiałem się, o co mogło mu chodzić.

Przypadek sprawił, że w kolejną sobotę wybraliśmy się razem na pobliskie targowisko. Nagle, obok jednego ze sklepików mój syn zaczął tarmosić mnie za rękaw i wołał: "Tu jest trójka! Tutaj tato!!!". Bezradnie spoglądałem na witrynę szukając wykrzykiwanej cyfry, ale bezskutecznie. Nigdzie nie widziałem żadnej "trojki". Podczas zakupów sytuacja męczyła mnie niemiłosiernie. Cóż on takiego widział? Jak to wypatrzył? Postanowiłem w drodze powrotnej nadłożyć drogi i jeszcze raz przejść obok nieszczęsnego sklepu. Tym razem szedłem drugą stroną ulicy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem ogromną, ponad dwumetrową cyfrę 3 naklejoną i zasłaniającą niemal pół witryny sklepu, przed którą wcześniej się zatrzymałem...

poniedziałek, 11 marca 2013

Spotkałem się kiedyś z rodzicami pięcioletniej Dorotki, którzy przyszli prosić mnie o pomoc. Okazało się, że pięciolatka nadzwyczaj często ucieka się do kłamstw. Nie ma sensu wnikać, w jaki sposób małe dziecko nauczyło się mówienia nieprawdy. Istotne jest to, że trzeba było coś z tym zrobić. W trakcie rozmowy zapytałem rodziców, czy i w jaki sposób karzą niewłaściwe zachowania córki. Bardzo szybko udało im się stworzyć kilkunastopozycyjną listę kar. Później zapytałem czy i w jaki sposób ją nagradzają. I zaczęły się schody. Z trudem wymyślili kilka nagród, przy czym wszystkie mieściły się w jednej kategorii: nagrody rzeczowe.

Jako zadeklarowany socjoterapeuta jestem zwolennikiem nagradzania. Uważam, że nagradzanie znacząco podnosi samoocenę dziecka, pokazuje mu jakie ma zdolności, jakie ma umiejętności i jak fajnie potrafi je wykorzystać w życiu. Co więcej, znacząco wzmacnia siłę pozytywnej relacji łączącej rodzica z dzieckiem. Wiadomo bowiem, że nagradzanie odbywa się z reguły w atmosferze radości, doniosłości i wzajemnego zrozumienia.

Kiedy zapytałem ojca Dorotki, czy nie lepiej byłoby w tej sytuacji nagradzać niż karać, usłyszałem: "Mam nagradzać ją za to, że postępuje jak powinna?". Odpowiedziałem pytaniem na pytanie: "Owszem, a dlaczego by nie...?"

Prawdą jest, że zarówno karanie, jak i nagradzanie, ma prowadzić do podobnego celu. Chodzi o zmianę zachowania poprzez wywarcie wpływu. Kara ma ewidentnie kojarzyć się z nieprzyjemnym doznaniem, poczuciem czyjegoś niezadowolenia, pewnego rodzaju skrzywdzeniem, odwetem i spowodować, żeby już więcej coś podobnego się nie podziało. Nagroda, z kolei, ma działać motywująco, przyjemnie się kojarzyć, aby wywołać efekt powtarzalności nagrodzonego zachowania. Problem rodzica polega na tym, że społeczną normą, która zapadła w pamięć, jest uznawanie pozytywnych zachowań za normalne. A skoro normalne, to pozostające bez reakcji. Ileż to razy słyszałeś, nie chwal bo jeszcze zapeszysz...

Wyobraź sobie, że umysł dziecka jest jak czysta, biała kartka papieru. I każda Twoja reakcja, wszystko co zrobisz, pozostawi na tej kartce swój ślad. Czyż nie lepiej byłoby pozostawić na niej ślady dobrze się kojarzące? Pamiętaj, że jeśli dobrze kojarzących się śladów będzie dużo, zdecydowanie więcej niż tych, kojarzących się źle, to Twoje dziecko będzie szczęśliwe.

Czy pytasz swoje dziecko, jakich nagród od Ciebie oczekuje? Z doświadczenia wiem, że dzieci mają w tym zakresie więcej zdrowego rozsądku niż dorośli. Oczywiście może się zdarzyć tak, że usłyszysz, iż za mówienie prawdy chciałoby otrzymać nowy rower. Co masz wtedy zrobić? Po prostu ... nie zgódź się. I jasno powiedz, bez wyśmiewania tego pomysłu, że jeśli będzie taka możliwość, to owszem, możesz podarować mu rower, ale nie za to, że mówi prawdę, tylko dlatego, że jest Twoim dzieckiem i że bardzo je kochasz. Natomiast za mówienie prawdy może oczekiwać czegoś zdecydowanie mniej kosztownego, żeby nie powiedzieć niematerialnego.

Musisz wiedzieć, że nagrodą jest dla dziecka Twój uśmiech od ucha do ucha, wzięcie go w objęcia, poklepanie po plecach. Stanowczo niedocenianymi przez rodziców są dyplomy, certyfikaty, papierowe medale. Możesz oczywiście zrobić jeszcze więcej. Nagrodą będzie sesja zdjęciowa w najbliższy ciepły, słoneczny dzień w pobliskim parku, namalowany farbami portret, który można oprawić w ramę, wspólne wyjście na rower, dłuższe oglądanie telewizji czy przyozdobione kolorową wstążką pudełko z jednym, ulubionym cukierkiem w środku. Jeśli potomek nie będzie wiedział czego chce, zaproponuj mu coś, daj wybór. Utarło się również, że nagroda ma pozostać tajemnicą, być niespodzianką. Nic bardziej mylnego. Ona ma sprawić radość, być oczekiwaną. Od niespodzianek są świąteczne prezenty. Rzecz jasna nagroda nie musi być przekazywana za każde powiedzenie prawdy, ale za prawdomówność w dłuższym, z góry ustalonym okresie czasu.

Zmiana zachowania Dorotki trwała kilka miesięcy i bardzo dłużyła się rodzicom. Odniosłem wrażenie, że chcieli otrzymać ode mnie cudowną pigułkę, po połknięciu której wszystko nagle się zmieni. Niestety, o ile dobrze pamiętam, magiczne pigułki można było otrzymać w znanej szkole czarodziejów, a i tak nie jestem przekonany, że działały na wszystkie znane dolegliwości... ;-) Najważniejsze, że zmiana dokonała się przez powtarzalność nagradzania. Musisz jednak pamiętać, że przejście z systemu kar na system nagród, może okazać się koniecznością zmiany całkiem sporego kawałka Twojego sposobu postrzegania świata i myślenia. Ale nie martw się. Dasz radę.

środa, 06 marca 2013

Dzieci lubią przegadywać się z dorosłymi. Tak, wiem, to już było. Ale co ja mogę za to, że one lubią...? Ba, bardzo lubią! Przegadywanki można zatem wykorzystać w różnych sytuacjach. Opowiadając za pierwszym razem, jak wyglądały moje "filozoficzne" dyskusje z młodszą pociechą, wskazałem, jakie korzyści odnosiło z nich dziecko. Kto jednak powiedział, że korzyści nie może zyskać rodzic?

Mogę chyba śmiało przyznać, że moje dzieci, nawet gdy były całkiem małe, nie miały w zwyczaju upierać się o kupienie im czegoś w sklepie. Pewnie dlatego, że od najmłodszych lat były uczone, że nie zawsze dostaje się to, czego się pragnie. Nikt jednak nie mówił im, że nie można prosić. Bo przecież można. Zdarzało się więc, że córka wpadała, na przykład, na pomysł zakupu kolejnego numeru gazetki z księżniczkami tylko dlatego, że jako dodatek zauważyła połyskujący w świetle sklepowych świateł srebrno-plastikowy diadem. I nie miało znaczenia, że w domu są już dwa podobne...

- Tato kup mi tę gazetkę. Proszeęęę...

- A kim ty jesteś dziewczynko, że o to prosisz - padała zwykle ta sama fraza.

- Jestem twoją córeczką - odpowiadała z przymilnym uśmiechem.

- Ależ ja cię nie znam dziewczynko... - mówiłem ze śmiertelną powagą.

- Tatooooooo - odpowiadała śmiejąc się już pełną gębą.

- Ja naprawdę Cię nie znam.

- Oj znasz, znasz, tylko tak żartujesz.

- Ja żartuję? Gdybym żartował to bym się śmiał. Czy widzisz, żebym się teraz śmiał?

- Nie śmiejesz się, ale ja wiem, że żartujesz.

- Ależ ja Cię naprawdę nie znam. Nie wiem kim jesteś dziewczynko.

- Nie wygłupiaj się tatooooo - mówiła i w tym momencie najczęściej łapała swą małą dłonią moją dłoń.

- Dlaczego podajesz mi rękę?

- Bo jesteś moim tatą, a ja Twoją córeczką.

- Aha. Rozumiem. Ty się dziewczynko zgubiłaś i potrzebujesz pomocy. Tak, wiem co zrobić. Odprowadzę Cię do Punktu Obsługi Klienta, żeby ogłosili przez głośniki, że znaleziono w sklepie małą dziewczynkę.

- Przecież ja się nie zgubiłam!!!

- No jak to? To dlaczego dajesz mi rękę, dziewczynko?

- Bo jestem Twoją córeczką...

Rzecz jasna nasze przegadywanki mogły trwać i trwały o wiele dłużej. W tym czasie sprawa diademu przestawała być zupełnie istotna. Zawsze jednak wracałem do początku rozmowy i mówiłem córce, iż pomysł zakupu kolejnej gazetki z diademem w moim odczuciu był nietrafiony oraz tłumaczyłem jej, dlaczego tak uważałem. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby robiła wtedy jakieś fochy.

czwartek, 28 lutego 2013

W ubiegłą sobotę pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie odbył się protest ojców, którym Sądy Rodzinne ograniczyły lub których pozbawiły praw do opieki nad własnymi dziećmi. Uważam, że oboje rodzice powinni mieć możliwość opiekowania się swoimi dziećmi, nawet w sytuacji, kiedy z różnych powodów nie są ze sobą. Prawda jest jednak taka, że niemal zawsze ojciec dostaje co najwyżej prawo do spotkań z własnymi dziećmi. I ma płacić alimenty.

Często bywa też tak, że mieszkające i pozostające pod opieką matki dzieci są zmanipulowane. Wmawia się im, że ojciec jest złym człowiekiem, że zostawił ich i odszedł, że nic do nich nie czuje... Łatwo można sobie wyobrazić, czym skutkuje ograniczenie kontaktów w połączeniu z tak perfidną manipulacją.

Nie mówię, że wszyscy mężczyźni są w porządku, bo tak nie jest. Mówię o tym, że tych normalnych ojców, ojców przez duże "O", traktuje się na równi z tymi, którzy "nie są w porządku". Zostają wrzuceni do jednego worka z napisem: mężczyzna.

Swoją drogą nie wszystkie kobiety są dobrymi matkami. Znam ojców, którzy lepiej niż kobiety radzą sobie z opieką i wychowaniem dzieci. To sprawa indywidualna i tak powinno się ją traktować. Dawno temu kobiety walczyły o swoje prawa. Dziś, jak widać, musi to czasem robić ta mniej piękna z płci. Popieram walczących ojców!!!

I jeszcze link do materiału telewizyjnego z protestu.

http://www.tvp.pl/publicystyka/programy-informacyjne/panorama/reportaze/protest-ojcow/10199639

wtorek, 26 lutego 2013

Podziało się tak, że w pierwszym roku nauki syna w szkole podstawowej przeprowadziliśmy się na drugi koniec miasta, co wiązało się dla niego ze zmianą szkoły. Żeby nie robić mu totalnego zamieszania w głowie, przez trzy ostatnie miesiące mijającego roku szkolnego, dowoziłem go "starej" szkoły, gdzie było mu dobrze. Jednak to, co dobre, niewątpliwie kiedyś się kończy, choćby tylko po to, żeby mogło się zacząć jeszcze lepsze.

Pierwsze dni września minęły dziecku na oswajaniu się z nowym otoczeniem. Jak sam przyznał, z zaciekawieniem pytał w szkole o różne rzeczy. Któregoś dnia po prostu wszedł do sekretariatu i poprosił o rozmowę z panią dyrektor. Rzecz jasna ani w głowie mu było przyznanie się do tego w domu.

Na wrześniowym spotkaniu z rodzicami wychowawczyni syna poprosiła mnie, żebym po zakończeniu wszystkiego został na chwilę, gdyż ma do mnie ważną sprawę. Byłem totalnie zaskoczony. Różne myśli kłębiły mi się w głowie, ale większość krążyła wokół jednego pytania: cóż takiego mogło zmalować moje dziecko? Wychowawczyni w prostych słowach wyjaśniła, że kochany synek przez kilka dni usiłował się dowiedzieć, gdzie można nabyć... gazetkę szkolną. W poprzedniej, dużo większej szkole, gazetka po prostu była. A tu - jak się okazało - nie. W związku z powyższym jego wychowawczyni otrzymała od przełożonej kolejne zadanie do realizacji - założyć i poprowadzić szkolną gazetkę. Rzecz jasna jej redaktorem naczelnym miał zostać nie kto inny, jak mój syn...

W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak zaproponować swoje zaangażowanie w realizację owego projektu, z czego wychowawczyni skwapliwie skorzystała.

Na zakończenie rozmowy wyraziła życzenie, bym jednak pogadał z synem oraz zachęcił go, aby kolejne, niewątpliwie fantastyczne pomysły skonsultował w pierwszej kolejności ze swoją wychowawczynią. "By zachować drogę służbową" - dodała z uśmiechem.


poniedziałek, 25 lutego 2013

Poważnym problemem dla rodziców młodszego dziecka jest kwestia wspólnego sypiania z nim. Jedni uważają, że należy na to pozwalać dzieciom tak długo, jak długo mają na to ochotę, inni jednak stanowczo protestują i to już w bardzo wczesnym wieku dziecka. Generalnie pierwsze rozwiązanie bardziej satysfakcjonuje matki, drugie ojców. Bo w końcu miłość do dziecka, miłością do dziecka, ale nam mężczyznom też coś się od życia należy, prawda? :-)

Moje dzieci bardzo szybko nauczyły się spać w swoich łóżkach. Podszedłem do tematu w sposób pragmatyczny. Zacząłem od tego, że wspólnie z synem i córką dokonaliśmy zakupu ich własnych łóżek. A w zasadzie jednego, bo piętrowego łóżka. Dzieciom łatwiej jest zaakceptować, że nie śpią w łóżku rodziców, jeśli mają swoje, wybrane przez siebie łóżko. Drugim ważnym elementem jest światło. Każde wybrało sobie lampkę nocną dającą łagodne, rozproszone światło. Oczywiście oboje mieli prawo uczestniczyć w mocowaniu lampki, a to trzymając śrubokręt, a to podając kolejne elementy lampki. I, co również ważne, włącznik został umocowany w konkretnym miejscu, a dzieci w kilka minut zapamiętały, gdzie należy go szukać. Wystarczyło pierwszego wieczora zrobić zawody w załączaniu w całkowitej ciemności swojej lampki - oczywiście do 5-ciu wygranych, z miejscem startu w różnych miejscach łóżka i różnych pozycjach ciała. W łóżkach od razu znalazły się, oczywiście, dziesiątki przytulanek. Obowiązywała jedna, prosta zasada - żadnych piszczących, grających czy świecących.

Ważnym elementem samego usypiania dzieci stało się czytanie. Każdego wieczora do snu czytałem im wiersze. Każdy może mieć rzecz jasna swoje preferencje, moje skoncentrowały się na wierszach pana Brzechwy. Oczywiście wiersze wybierały dzieci, a ich liczba zależała od poziomu zmęczenia. Mojego i ich. Zasadniczo czytałem po trzy wiersze każdemu. I tu ważna sprawa. Jeśli jakiś wiersz podoba się dziecku, będzie chciało go słuchać każdego dnia. A co sprytniejsi pozwolą sobie nawet na kilkukrotne wybranie tego samego wiersza jednego wieczora. Nie ma sensu się temu przeciwstawiać. Należy bezwzględnie na to pozwolić i to bez marudzenia. My dorośli w końcu również lubimy powtarzalność pewnych rzeczy.

Po przeczytaniu stosownej liczby wierszy następował zawsze rytuał pożegnania. Oczywiście można zrobić to krótko, całując dziecko na pożegnanie i życząc mu dobrych snów. Ja jednak proponuję byś wspólnie z dzieckiem wypracował nieco bardziej rozbudowaną formę składającą się z kilku gestów oraz pytań i odpowiedzi lub wypowiadanych fraz. Wierz lub nie, ale formuła pożegnania sprawdza się nie tylko przed snem. Wykorzystywałem ją przez cały okres wczesnego dzieciństwa, ot choćby podczas odprowadzania do przedszkola i szkoły, kiedy dziecko nie za bardzo ma ochotę na to, by oddalić się od taty. Taki rytuał jest jasnym komunikatem końca czegoś i regularnie stosowany staje się nawykiem, zwyczajem. Oczywiście sama formuła z biegiem czasu może ulegać modyfikacjom. W przypadku córki wyglądało to tak: wypowiadaliśmy wspólnie kolejne komendy - piątka (uderzenie dłoni o dłoń), dziesiątka (uderzenie drugiej dłoni o drugą dłoń), setka (uderzenie obu dłoni o obie dłonie), czacha (stuknięcie czołami), czołem (salut) i ukochać (przytulenie na misia). Prawda że proste?

Po pożegnaniu gaszone było światło. Oczywiście zostawałem w pokoju dzieci tak długo, jak długo tego potrzebowały. Jeśli wydaje się wam, że trwało to nie wiadomo jak długo, to jesteście w błędzie. Po kilku tygodniach wystarczyła minuta, czasem dwie i słyszałem "możesz już iść". Czasem, choć niezmiernie rzadko, zdarzało się, że któreś z dzieci przychodziło do naszej sypialni w nocy, jednak rankiem zawsze dostawało komunikat, że każdy ma swoje łóżeczko.

Cały ten proces przygotowania do zaśnięcia miał na celu wyciszenie dziecka. Wyciszone nie tylko łatwiej zasypiało, ale również spokojniej spało. Dobrym pomysłem może być również łagodna i ledwie słyszalna muzyka sącząca się z głośników, a zamiast wierszy kołysanki. Popróbujcie.

środa, 20 lutego 2013

Bardzo często dowoziłem moją córkę na zajęcia do Szkoły Muzycznej. Kiedyś, podczas przygotowywania się do zajęć, byłem świadkiem jej rozmowy z kolegą z grupy.

- No co Ty, Kuba, przecież możesz zrezygnować! - przekonywała.

- Nie mogę. - zaprzeczał chłopiec równie przekonująco.

- Jak to nie możesz? Możesz!

- Muszę grać na skrzypcach. Mama tak powiedziała.

- No przecież mówię Ci, że nie musisz, tylko możesz. To wszystko zależy od Ciebie, Ty o tym decydujesz...

Bardzo jestem zadowolony z tego, że udało się wpoić moim dzieciom przekonanie, o możliwości decydowania o swoim życiu. O tym, że w pewnych, ważnych dla siebie sprawach, każde z nich może podjąć swoją własną decyzję. Co prawda pozostawiłem dla siebie prawo do przekonywania, wskazywania konsekwencji, podpowiadania najlepszych - moim zdaniem - rozwiązań, jednak decyzja zawsze leży w ręku dziecka. Ono przecież wie, co jest dla niego dobre, z czym dobrze się czuje.

Mam świadomość tego, że usłyszę szereg kontrargumentów. O tym, że dziecko jest za małe, by mogło decydować o sobie, że rodzic przecież wie lepiej, czego dziecku do szczęścia potrzeba, że jeszcze przyjdzie czas podejmowania decyzji, że dzieci są niekonsekwentne i z natury swej leniwe wiec nic nie będą robiły, że gdyby pozwolić im decydować świat stanąłby na głowie... Na to wszystko mam tylko jedno pytanie: dlaczego tak się nie dzieje w przypadku moich dzieci?

Po wizycie w Poradni dowiedziałem się, że syn ma wadę postawy, którą trzeba korygować. Nie ma zmiłuj, nie ma przeproś. Gimnastyka korekcyjna, dwie godziny w tygodniu. Znając awersję chłopaka do jakichkolwiek ćwiczeń fizycznych szukałem rozwiązań. Może być basen, minimum godzina w tygodniu. Tyle że on panicznie bał się wody, co było dla mnie dodatkowym powodem do zmartwień. Dostrzegłem jednak światełko w tunelu. Podczas rozmowy padła jasna propozycja: dwie godziny gimnastyki lub godzina basenu. Syn zasępił się, widać było że kalkuluje. "Godzina basenu, to mniej niż dwie godziny ćwiczeń" - zawyrokował - "Wybieram basen". Przez pięć lat, raz w tygodniu, chodziliśmy na basen. W tym czasie ja nauczyłem się całkiem nieźle pływać. Wcześniej bowiem znałem tylko jeden styl pływacki - styl rozpaczliwego. :-) A moje dziecko zdobyło kartę pływacką.

Bardzo często odnoszę wrażenie, że dziecko jest realizatorem twoich marzeń, twoich ambicji. To ty chciałeś grać na gitarze, to ty chciałeś zostać piłkarzem, to ty marzyłeś o wyjazdach pod namiot, to ty żałujesz, że nie chciało Ci się uczyć hiszpańskiego, a i z włoskim wyszło podobnie... Pragnąc uchronić swoje dziecko przed pretensjami do samego siebie w późniejszym czasie, narzucasz mu pewne "dobre dla niego", choć "dobre" raczej z twojego punktu widzenia. Pół biedy, jeśli dziecko ma jakieś predyspozycje w danym kierunku. Ale jeśli nie ma, to co słyszy? "Zaciśnij zęby i nie poddawaj się. Nie bądź mięczakiem. Odpuszczając niczego w życiu nie osiągniesz". Jaki jest efekt? Dzieciak rośnie i staje się sfrustrowanym maklerem giełdowym. Owszem, zarabia nawet niezłe pieniądze, za które jest w stanie spełnić wiele swoich marzeń. Ale czy naprawdę jest szczęśliwym człowiekiem?

Zadaj sobie proste pytanie: czy naprawdę robisz w życiu to, co chciałeś/chcesz robić?

Zawsze możesz zrezygnować. Zawsze możesz wybrać. Zawsze.

Pewnego razu przedszkolanka powiedziała mi, iż moja córka przejawia szczególny talent muzyczny. Nie zdziwiłem się. W końcu ja również uważam siebie za osobę bardzo muzyczną: bez trudu zapamiętuję i powtarzam zasłyszane melodie, mam poczucie rytmu, ładnie śpiewam, potrafię grać na gitarze, dobrze tańczę... Skoro tak, to nie może dziwić poczucie muzykalności i rytmika mojego dziecka, prawda? "Trzeba byłoby coś z tym zrobić" - usłyszałem, ale nie za bardzo się jednak tym przejąłem.

W kolejnym roku córka została średniakiem. Kiedy usłyszałem od zupełnie innej przedszkolanki niemal taki sam tekst, w pierwszym momencie pomyślałem z uśmiechem: "Zmówiły się baby".  Jakoś nie zauważyłem tych szczególnych talentów, o których opowiadają. Co prawda jestem tylko zwykłym amatorem, ale chyba poznałbym się na ponadprzeciętnych zdolnościach muzycznych? Coś jednak mnie niepokoiło. Dwie osoby mówią to samo? Nie wierzę w takie przypadki.

Kiedy po przeprowadzce do innej dzielnicy i zmianie przedszkola po raz kolejny usłyszałem podobne słowa, nie miałem wątpliwości. Należy z tym coś zrobić i to natychmiast. W ten sposób córka zaczęła uczęszczać na zajęcia grupy rytmiczno-tanecznej w Szkole Muzycznej. Nie tylko dawała sobie rady, ale wręcz była chwalona za swoją pracowitość i talent. Nie powiem, było to bardzo miłe.

Z okazji Dnia Dziecka moje dzieci otrzymały dość nietypowy prezent. Bilety do Filharmonii na dziecięcy koncert muzyki poważnej. Syn kręcił nieco nosem, bo wolałby pójść na mecz piłki nożnej, ale odwrotu nie było. Koncert rzeczywiście zrobiony był dla dzieci i pod dzieci. Muzycy po dziecięcemu prezentowali widowni kolejne instrumenty, zaś muzyka płynęła gładko, opowiadając sama sobą kolejne historie. Kiedy po koncercie zapytałem, co podobało się najbardziej, moja córka bez ogródek powiedziała: "Harfa. Ona była przepiękna...". O nic więcej wolałem nie dopytywać.

Parę dni później nauczycielka rytmiki powiedziała, że nie wyobraża sobie, żeby córka nie została zapisana do szkoły muzycznej. Opowiedziała w kilku słowach o sposobach przeprowadzenia egzaminów, poinformowała, jakie dokumenty należy złożyć i... poszła sobie. "Wiem tato, będę grała na harfie" - wykrzyknęło entuzjastycznie moje młodsze dziecko. Wieczorem, z ciekawości, zacząłem szukać w Internecie harf. Kiedy zobaczyłem ceny instrumentów, zimny pot oblał moje plecy. Wiedziałem już, że na pewno nie będzie to harfa. Przynajmniej nie na razie. Ale może... gitara? Pomyślałem sobie, że gitara to dobry instrument. Wszędzie można ją ze sobą zabrać, łatwo się stroi, no i kiedy za kilkanaście lat moja córka usiądzie z nią przy ognisku, chłopcy zlecą się jak do miodu. :-) Ewentualne niepożądane skutki takiego rozwiązania jakoś zupełnie nie przyszły mi do głowy.

We wrześniu, po pomyślnym przejściu egzaminów, moja córka stała się uczennicą Szkoły Muzycznej I stopnia. Przez pierwsze pół roku jeszcze jakoś razem graliśmy. Palce plątały mi się bardziej niż jej, ona poprawiała mnie, zamiast na odwrót, ale dawałem rady. W drugim półroczu odpuściłem. Już wiedziałem, kto jest lepszym muzykiem. Ona. Zdecydowanie.

Uczestniczyłem w niemal wszystkich jej popisach, występach, egzaminach. Chodziłem z nią na lekcje gitary, bo ponoć powinienem mieć o tym jako takie pojęcie. Początkowo i owszem miałem, ale po jakimś czasie zacząłem czuć się na zajęciach, jak na lektoracie z chińskiego. Co więcej, moja córeczka wspaniałomyślnie pochwaliła się, że tata również gra na gitarze i od tego momentu pani nauczycielka zaczęła traktować mnie jak profesjonalistę, przekazując mi na bieżąco uwagi i wskazując, na jakie elementy powinna zwrócić uwagę młoda gitarzystka podczas ćwiczeń w domu, nie tłumacząc jednocześnie, o co jej tak naprawdę chodzi. Co gorsza, nie dało się już zupełnie zmienić punktu widzenia nauczycielki. "Pan to przecież doskonale rozumie, pan również gra...". W tej sytuacji zapadła poważna decyzja o dodatkowych, prywatnych lekcjach gitary. Ze znalezieniem odpowiedniej osoby nie miałem problemu. Jeździliśmy razem przez cały rok. 

  

 Od kilku miesięcy moja córka gra również na saksofonie.

wtorek, 19 lutego 2013

"Nie dotykaj tego", "Nie zachowuj się w ten sposób", "Nie umiem z Tobą wytrzymać", "Nie płacz", "Nie wchodź tam"... Znasz te i podobne zdania, prawda? Sam ich używasz, zgadza się? Nie ma w nich nic nadzwyczajnego, czyż nie? Oczywiście, że jest dokładnie tak. Bo to zdania - klucze. One wyrażają twoją troskę. Przecież nie chcesz żeby... Właśnie. Nie chcesz.

Kilka dni temu, w jednym z hipermarketów mama mówi podniesionym głosem do swojej - na oko - 4-letniej córki: "Nie rób tak Paulinko. Nie wolno. Mamusia tyle razy prosiła, a Ty nie słuchasz..." Nigdy wcześniej tego nie zrobiłem, ale tym razem zareagowałem. Może dlatego że staliśmy obok siebie, w sporej kolejce do tej samej kasy. Zagadnąłem kobietę, czy mógłbym o coś zapytać jej dziecko. Była zaskoczona, ale wyraziła aprobatę.

- Twoja mama powiedziała przed chwilą do Ciebie: nie rób tak. Wiesz czego masz nie robić?

- Nie - odpowiedziała dziewczynka.

- I mama powiedziała jeszcze że nie wolno. Czego nie wolno?

- Nie wiem - odpowiedziała.

- I jeszcze powiedziała, że jej nie słuchasz.

- Ale ja słucham...

Zdumienie odmalowało się na twarzy matki. Totalne zdumienie. I niedowierzanie. Pozwoliłem sobie zatem na krótki komentarz, że w moim odczuciu dziewczynka mówiła prawdę i że jej po prostu nie rozumie, choć słucha. Sam zresztą też nie zrozumiałem o co poszło, choć byłem świadkiem całego zdarzenia. Wiem jednak, że skoro mnie, dorosłemu, umknęła przyczyna słów matki, to co dopiero czteroletniemu dziecku. Zakładam, że jestem bardziej bystry niż czteroletnia dziewczynka.

Cóż zatem powinno się robić? Nie mówić "nie"? Zupełnie? No tak dobrze to jednak nie ma.

Naucz się mówić dziecku, co ono powinno zrobić, czego od niego oczekujesz. Co prawda takie komunikaty zmuszą cię do wypowiedzenia zdecydowanie większej liczby słów, ale są zrozumiałe i łatwo przyswajalne. I wymagają od Ciebie ciężkiej pracy. Chcąc dobrze komunikować to, na czym Ci zależy, będziesz musiał zerwać ze schematami zagnieżdżonymi od lat w twojej głowie. I zastąpić je nowymi. Prawda jest bowiem taka, że nie da się za każdym razem zastanawiać się nad tym, co powiedzieć, skoro sytuacja wymaga natychmiastowej interwencji. Przecież nie możesz poczekać aż wrócicie do domu i w tym czasie zastanawiać się, jak powiedzieć to, czego chcesz. Za kilka, kilkanaście minut dziecko zapomni o całej sytuacji i twoje gadanie przyda się psu na budę.

Spróbujmy więc:

Nie dotykaj tego - To jest brudne*/ niebezpieczne*/ zabronione*. Chcę, żebyś miała czyste ręce*/ trzymała ręce przy sobie*

Nie zachowuj się w ten sposób - Proszę, postaraj się być cierpliwa*/ Twoje mówienie mi przeszkadza, spróbuj przez chwilę pomilczeć*/

Nie umiem z Tobą wytrzymać - Jest mi bardzo smutno kiedy tak postępujesz*/ Chcę Ci powiedzieć, że w tej sytuacji tracę cierpliwość*

Nie płacz - Bardzo boli, prawda? Czy mogę jakoś Ci ulżyć?*/ Jesteś bardzo smutny i dlatego płaczesz? Powiesz mi z jakiego powodu?*

Nie wchodź tam - Wchodząc na ten murek możesz spaść i zrobić sobie krzywdę, a wtedy będzie cię bolało. Lepiej żeby nic nie bolało, prawda?*/ Tam jest brudno, a bardzo mi zależy na tym, żebyś dalej miał czyste spodnie*

Słowo "nie" zostaw na specjalne okazje, takie, w których nie ma czasu na inną reakcję. Ot, kiedy nagle dziecko wejdzie na ulicę, gdy podejdzie do nieznanego psa chcąc go pogłaskać, kiedy biegnie wprost na przeszkodę... Wtedy głośno i wyraźnie zawołaj: "Nie wchodź na ulicę*/ Nie głaszcz psa* / Nie biegnij tam*. Ono naprawdę zrozumie, że dzieje się coś wyjątkowego i zareaguje tak, jak trzeba.

środa, 13 lutego 2013

Dzieci są różne, prawda?

Mój syn od najmłodszych lat był niezwykle elokwentny. Jego spostrzeżenia w zdecydowanej większości były trafne, a odpowiedzi celne. Nic więc dziwnego, że przylgnęły do niego takie określenia jak: "profesorek", "mądrala", "gaduła" - wszystkie rzecz jasna o pozytywnym wydźwięku. Oczywiście, jako tata, zawsze byłem z niego strasznie dumny. Nie boję się powiedzieć, że przyklaskiwałem mu, kiedy potrafił wybrnąć z trudnej dla niego sytuacji. Bardzo go to cieszyło. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy zobaczył swoją nowonarodzoną siostrę (miał wtedy niecałe 3 lata) powiedział głośno: "Własnym oczom nie wierzę", co, rzecz jasna, rozbawiło wszystkich zebranych. A ja byłem strasznie z niego zadowolony.

Przyznam uczciwie, że nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo mocno wrosło to w niego. Zawsze miałem świadomość, że daje mu to poczucie ważności, a tym samym poczucie własnej wartości. Jednak nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego, że za kilka lat moje dziecko pójdzie do szkoły, która generalnie nie jest przygotowana na tego rodzaju uczniów. Miałem ogromny problem, kiedy miałem wytłumaczyć nauczycielowi, że moje dziecko nie jest "pyskate", ale "umie wyrażać swoje zarówno pochlebne, jak i niepochlebne opinie" nie tylko w sposób otwarty, ale również jednoznaczny i bezpośredni.

Pomimo coraz większych trudności, jakie z biegiem czasu zaczęło rodzić takie wychowywanie, nadal jestem naprawdę zadowolony, że mój syn nie zatracił tej umiejętności. Że nadal potrafi wyrazić swoje zdanie, obronić własne opinie. Wiem, że czasami trochę w tym wszystkim przesadza i wtedy staram się wskazywać mu, w jaki sposób może inaczej postąpić. Pokazuję mu drogi i konsekwencje. On sam jednak musi dokonać wyboru. Mnie pozostaje jego akceptowanie.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Liczby od zawsze nie stanowiły dla mojego syna problemu. Jako trzylatek znał wszystkie cyfry i wykonywał na nich podstawowe działania matematyczne, nawet z przekraczaniem progu dziesiątkowego.

Gdy miał nieco ponad cztery lata, znalazł się pewnego razu w gronie Osób Które Wiedzą. I jako Mały Geniusz był przez nie przepytywany ze znajomości matematyki. "A powiedz, ile to jest 3 + 4?", "A 9 - 5", "A wiesz może, ile to jest 2 x 3?" Rzecz jasna na takie pytania odpowiadał z marszu, prychając pod nosem swoje: "łatwizna", "takie proste" czy "kto by nie wiedział". Jednak w pewnej chwili zaskoczył wszystkich, nawet własnych rodziców. "A ja wiem nawet, ile to jest 3 - 5!". "Przecież nie da się przecież odjąć trzech od pięciu" - odpowiedziała z marszu jedna z Wiedzących. "Nieprawda, to jest - 2!". Zapanowała cisza, a po chwili Wiedząca wyraźnie cichszym głosem zapytała: "Skąd to wiesz?". "To proste - odpowiedział czterolatek - na kalkulatorze sobie policzyłem"...

Wcale nie tak znowu sporadycznie zdarzają się sytuacje, w których tak ty, jak i dziecko jesteście przekonani o słuszności swoich racji. Problem polega tylko na tym, że wasze "racje" wcale się ze sobą nie pokrywają. I żeby było jasne - wiesz, że prawda leży po twojej stronie. Co wtedy?

Arek zawsze wszystko wiedział wszystko najlepiej. Miał już w końcu 14 lat, a mając 14 lat, niemal wszystko wie się najlepiej. Bo jest się prawie dorosłym, prawda? Wiedział także, że Klub Sportowy Ruch Chorzów założony został w 1910 roku, a więc całe 10 lat przed powstaniem Klubu Widzew Łódź (1920). Próbowałem go przekonać, że jest dokładnie odwrotnie, ale Arek wiedział lepiej. W końcu nie wytrzymałem i powiedziałem: "Założymy się?". Chłopka przystał. "O co?" - dopytywałem. "O rację" - odpowiedział. "Nie, mój drogi, ja się o rację nie zakładam. Ale mogę się z Tobą założyć o czekoladę z orzechami, taką małą tabliczkę firmy ... ". Zakład został przecięty. Po sprawdzeniu okazało się, że racja leży po mojej stronie. Arek usiłował wymigać się od czekolady, ale byłem nieugięty. W końcu umowa rzecz święta...

Co prawda metoda "założymy się?" najlepsze efekty przynosi w grupie, ale faktem jest, że w sprawach 1:1 również dobrze działa. Pokazuje ona dziecku, że traktujesz je poważnie. Jak partnera do rozmów, partnera do negocjacji, a nie jak smarkacza, który nie ma nic do powiedzenia, bo niczego nie wie. Ważnym elementem jest egzekwowanie wygranych zakładów. Czasem nawet "do bólu". To tylko wzmacnia w dziecku poczucie jego ważności. Dziecko czuje się wręcz docenione, kiedy musi zrealizować przegraną. Nigdy nie zakładałem się więc o tzw. rację. Dlaczego? Może dlatego, że zakłady o rację nie przynosiły żadnych efektów, z samego posiadania racji niewiele wynikało. Racja jest niewymierna.

W metodzie tej nie ma czegoś takiego jak odwoływanie zakładu czy zmiana warunków w trakcie jego trwania. Umowa to umowa. Sporne kwestie należy rozstrzygnąć możliwie jak najprędzej, najlepiej od razu. I tak, by obie strony dowiedziały się, gdzie leży prawda.

I jeszcze coś. Zdarzało się, że zakład przegrywałem. Co wtedy? Cóż... umowa to umowa. W takich sytuacjach zawsze głośno potwierdzałem, że tym razem ja nie miałem racji i biegłem do sklepu po małą tabliczkę czekolady z orzechami marki... :-) Bywało, że pytano mnie, czy nie obawiam się, że w ten sposób obnażę swój brak wiedzy w niektórych sprawach, obniżę autorytet. Odpowiadałem wtedy prosto: "A czy ja mam monopol na rację? Czy muszę wszystko wiedzieć?". Oczywiście należy pamiętać, że minimalizowałem ryzyko, zakładając się niemal wyłącznie wtedy, kiedy byłem pewny swego.

Po kilkunastu wygranych zakładach, po kilkunastu zjedzonych czekoladach (moje wygrane zawsze były sprawiedliwie dzielone) dzieciaki w grupie, którą prowadziłem, usłyszawszy hasło: "założymy się", jak tylko mogły odradzały potencjalnemu nieszczęśnikowi zakład. "Jeśli ON chce się z Tobą zakładać - mówiły - to masz bracie przerąbane. Od razu daj sobie spokój".

I ostatnia rzecz. Nigdy nie wykorzystywałem zakładu, by kogokolwiek zmanipulować, czerpiąc, z wyżej opisanego mechanizmu grupowego wsparcia. Nawet nie dlatego, że to nieuczciwość i nie dlatego, że jedna wpadka zburzyłaby cały mój wizerunek. Tak naprawdę robiłem to z szacunku do moich podopiecznych.

sobota, 09 lutego 2013

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jaka jest potęga umysłu małego dziecka? Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to jak propozycja przeczytania kolejnej książki-poradnika. Ale nic z tych rzeczy. Chciałbym Cię zachęcić do czegoś zupełnie innego. Chciałbym Cię zachęcić do uważnej obserwacji Twojego dziecka. Do uważnego słuchania tego, co ono mówi, co robi i jak to sobie tłumaczy. Rzecz jasna tym razem sprawa dotyczy przede wszystkim młodszych dzieci, tych w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym, co jednak nie oznacza, że starsze się już nie kwalifikują.

Frazesem jest, że małe dzieci szybko się uczą. Nie skupiam się już nawet na uczeniu się czynności życiowych, ale na samym ich myśleniu. Czy zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo odmiennie dzieciaki widzą nasz świat? Ich wyobrażenie świata jest jeszcze nie zmącone żadnymi prawami, teoriami, regułami. Nie istnieje dla nich fizyka, chemia czy biologia. Świat to świat. I już. Genialność otwartego umysłu mojego syna podziwiałem od zawsze. Co więcej, starałem się zaczerpnąć z niego dla siebie. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, jak to brzmi: ojciec uczący się postrzegania świata od kilkuletniego dziecka. Ale czy aby nie powinniśmy czasem spróbować?

Odwiedziła nas kiedyś sąsiadka. Bywała na tyle często, że dzieci były przyzwyczajone do jej obecności. Gdyby tylko potrafiły, nazwałyby ją "bliską osobą". Tegoż dnia mój syn podszedł do niej i zapytał: "Pani Bożeno, niech mi Pani powie, co by było, gdyby czas szedł do tyłu?". Wszyscy byliśmy nieco zaskoczeni tym pytaniem, bo zadał je czterolatek. Ale sąsiadka, nie zrażona zaczęła tłumaczyć, że gdyby czas szedł do tyłu, bylibyśmy coraz młodsi a nie coraz starsi, że siostra pewnie jeszcze by się nie urodziła, że poprzestawiałyby się pory roku, że zegary zaczęłyby iść w odwrotnym kierunku... Na to on odpowiedział: "Aha. Teraz rozumiem." - tu zrobił przerwę jakby się nad czymś zastanawiał i dodał: "A co się stanie, jeśli czas pójdzie na boki...?"

Niestety szkoła, tradycyjna szkoła, zabija w naszych dzieciach ową otwartość umysłu. Ów geniusz. Ową potęgę. Tam nie można snuć podobnych teorii, gdyż w przypadku tego rodzaju pytania, odpowiedź byłaby najprawdopodobniej krótka: to jest niemożliwe. Tyle, że nie chodzi o to, czy to jest możliwe czy nie. Chodzi o to, w jaki sposób to może być możliwe. Bo w jakiś sposób jednak może. Dla czterolatka na pewno. A może i Ty spróbuj po prostu wejść w jego widzenie świata i z nim się zmierzyć.


piątek, 08 lutego 2013

Moja znajoma, której naprawdę się nie przelewa, powiedziała do swoich sześciorga dzieci, że w tym roku mogą wybrać sobie prezenty z okazji dnia św. Mikołaja maksymalnie za 10 złotych. Najmłodszy, czteroletni Adaś przychodzi po pewnym czasie do mamy i mówi, że on wie, że z pieniążkami jest ciężko, dlatego postanowił, że jemu na prezent wystarczy złotówka.

- A co Ty sobie kupisz dziecko za złotówkę? - pyta znajoma.

- Komórkę, mamo...

Dzieci uwielbiają się przegadywać z dorosłymi. Chcą im w tym co najmniej dorównać. Jestem przekonany, że  dodaje im to pewności siebie, powoduje zwiększenie poczucia bezpieczeństwa, a już na pewno sprawia niesamowitą radość i frajdę. Tylko czy ty jesteś przygotowany na to, żeby przegadywać się z dzieckiem? Czy masz w sobie odpowiednio dużo poczucia humoru i dystansu przede wszystkim w odniesieniu do samego siebie? A może jesteś z tych dla których słowo "rodzic" to rzecz święta i za nic na świecie nie pozwolisz, żeby Twoje dziecko odezwało się do Ciebie inaczej niż zgodnie z tzw. kindersztubą?

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy powiedziałem do córki: Łosiu. Wiem jednak, że od tamtej chwili owo słowo coraz częściej zaczęło przewijać się w naszych konwersacjach. Czasem bezwiednie, a czasem celowo. Z biegiem czasu tego drugiego było coraz więcej.

- Ty Łosiu, co znowu robisz?
- Nie jestem Łoś.
- Ależ jesteś.
- Nie jestem.
- Przecież mówię że jesteś.
- A ja mówię że nie jestem Łosiem.
- A ja mówię że jednak jesteś. Jesteś małym Łosiem.
- Tato, wiesz jak wygląda Łoś?
- No jasne. Ma dwie nogi, dwie ręce, głowę, oczy, uszy, nos... 
- Ale Łoś ma rogi, a ja nie mam rogów.
- Małe Łosie nie mają rogów, jeszcze im nie urosły.
- Ale coś by było widać.
- Ależ w życiu. Nic nie widać.
- Widać.
- Mówię, że nie widać. Poza tym małe Łosie zachowują się tak jak Ty.
- Jak niby?
- Małe Łosie ciągle kłócą się ze swoimi rodzicami.
- Ja się nie kłócę.
- A co teraz robisz?
- Nie kłócę się. Mówię tylko że nie jestem Łosiem.
- No to kłócisz się, bo ja mówię że jesteś.
- Nie jestem.
- Skoro ja mówię że jesteś, to jesteś...

Mogliśmy tak się przegadywać godzinami. Nieraz wracaliśmy skądś i powtarzaliśmy w kółko jedno i to samo. Nie przeszkadzał nam uliczny hałas, ani ludzie czekający na tramwaj. To była fantastyczna zabawa. I poważna nauka dla córki.




Bardzo często odnosiłem wrażenie, że nie wszystkim coś takiego odpowiada. Wiele razy dostrzegałem niezadowolenie na twarzach ludzi, którzy przypadkiem dostawali się w obszar łosiowych dywagacji. A czasem z rozmysłem przyglądałem się, jak reaguje otoczenie. Może "niezadowolenie" to niewłaściwe słowo. Może bardziej pasowała by tu "dezaprobata"...

- Jesteś Łoś.
- A Ty Bąbel.
- A Ty Łoś.
- A Ty Bąbel, że Bąbel, takiego Bąbla nie widział świat.
- Nie jestem żadnym Bąblem, tylko Ty jesteś Łosiem. Małym Łosiem.
- Nie bo Ty. Ty jesteś Bąbel.
- Bąble tak nie wyglądają. Bąble wyglądają zupełnie inaczej.
- Nieprawda, Bąble wyglądają właśnie tak.
- A ja Ci mówię, że nie.
- Bąble są wielkie, okrągłe i maja taki brzuch jak Ty.
- Ja nie mam brzucha. Ty masz brzuch. Łosie mają brzuch.
- Jeśli ja jestem Łosiem, to Ty jesteś Bąblem i koniec...

To rzecz jasna kolejny etap przegadywanek. Już nie tylko obrona, ale również atak.


Mogłoby się wydawać, że brak w tym wszystkim logiki, sensu, ładu. Ale to nieprawda. Uczyłem ją w ten sposób przeciwstawiania się. A ściślej mówiąc przeciwstawiania się niemądrym, żeby nie powiedzieć - głupim - słowom, poglądom. I kreatywnego myślenia. Te umiejętności jeszcze nie raz przydają jej się w życiu.


 

czwartek, 07 lutego 2013

"Moje słowo droższe od pieniędzy" - mawiał niejaki Pawlak w znanym polskim filmie. Zawsze fascynowały mnie te właśnie jego słowa. Miały dla mnie jakąś moc. Były w jakiś sposób ważne. Nie miałem pojęcia, że staną się one filarem mojej metody na dobre porozumienie z dzieckiem.

Kiedy byłem wychowawcą, często zastanawiałem się nad sposobami uwewnętrznienia zasad. Zasady z założenia są bowiem przeciwnością niekonsekwencji, a ta poważnym problemem, z którym boryka się niejeden dorosły. Byłem przekonany, że zasady porządkują nasze życie i ułatwiają orientację w świecie. Tylko jak sprawić, żeby dzieciaki chciały ich przestrzegać? Wtedy wymyśliłem umowę.

Kiedy dzieciak nie dostaje czegoś, na czym mu bardzo zależy - złości się. To normalne. Padają wtedy słowa: "Nie rozumiesz mnie", "Nie widzisz, że...", a w skrajnych przypadkach: "Gdybyś mnie kochał to..." czy "Nic dla Ciebie nie znaczę". To oczywiście czysta manipulacja, niemniej powodowana niezaspokojeniem jakieś potrzeby. Ważnej w tym właśnie momencie. Faktem jest również, że dorosły, który usłyszy tego rodzaju słowa, słowa brzmiące jak oskarżenie, błyskawicznie się zacietrzewia i okopuje na swojej pozycji. Bo przecież nie może być tak, że dorosły nie ma racji, prawda? Jak z tego wybrnąć?

Przypatrz się dobrze temu i zastanów, jaka potrzeba tak naprawdę kryje się pod spodem. Zapytaj samego siebie, czego dziecko oczekuje. Nie okopuj się, nie nadymaj. Spróbuj je zrozumieć. A kiedy już zrozumiesz, powiedz mu wyraźnie, że rozumiesz jego potrzebę i złóż mu propozycję. Najlepiej taką, która tak naprawdę wyjdzie od niego.

Pewnego razu wujek kupił ośmioletniemu Grzesiowi karabin na kulki. A że chłopczyk ma poważne trudności z przestrzeganiem jakichkolwiek norm, strzelał sobie radośnie w co popadnie, nie zwracając na nic uwagi. Siłą rzeczy karabin został mu w końcu odebrany przez dorosłych, a dziecko wpadło niemal w histerię. Miało potrzebę bawienia się karabinem. Dorośli zaś, sprzeczną z nią, potrzebę ochronienia innych i otoczenia. Kiedy udało mi się doprowadzić do jako takiego uspokojenia małego Rambo, powiedziałem mu, że rozumiem, iż ma ogromną ochotę postrzelać z karabinu. Zaproponowałem, że pozwolę mu na to, pod warunkiem, że sam wymyśli, w jaki sposób może to robić tak, żeby nikt nie miał o to pretensji. To była nasza umowa. Powiedziałem mu również, że dostanie karabin tylko wtedy, kiedy obaj zgodzimy się na postawione nawzajem warunki. Grześ chodził do mnie tak długo, aż w końcu wymyślił, że będzie strzelał wyłącznie na podwórku, wyłącznie pod opieka kogoś dorosłego, przez 3 minuty dziennie. Ja dodałem z mojej strony, że jeśli wywiąże się z przyjętego czasu i grzecznie odda karabin, w nagrodę następnego dnia dostanie kolejną minutę, potem kolejną, aż do 10 minut włącznie. To była oczywiście kolejna umowa w umowie. Zauważ, że nie postawiłem ograniczeń, ale rozszerzałem możliwości, jako moje warunki umowy.

Potem pozostało mi już jedynie odnieść się do pawlakowych słów, czyli konsekwentnie realizować to, co ustaliliśmy. Bo w końcu - jak powtarzam co rusz - "umowa to rzecz święta".

środa, 06 lutego 2013

W ręczniku mojej córki zamieszkały tygrysy. Pojawiały się zawsze, kiedy tylko zaczynałem wycierać jej włosy. Ryczały na całą łazienką tymi swoimi potężnymi głosami. A ona razem z nimi.

Za pierwszym razem, kiedy usłyszałem krzyki córki spod ręcznika przestraszyłem się, że niechcący zrobiłem jej w jakiś sposób krzywdę. W końcu ona była tylko dzieckiem, a ja miałem duże, niezgrabne ręce i nie mogę powiedzieć, że byłem najbardziej delikatny na świecie. Zapytałem więc co się stało, a w odpowiedzi usłyszałem: "To nie ja!". "A kto" - zapytałem. "Tygrysy..." - odpowiedziała po dłuższej chwili.

Kiedyś w ramach psikusa kupiłem maskotkę-tygrysa. Kiedy wycieraliśmy głowę, a tygrysy znowu darły się wniebogłosy, ja ukradkiem wyciągnąłem maskotkę zza szafki i postawiłem na stojącej obok pralce. Oczywiście udawałem, że wcale jej tam nie ma, czekając aż córka sama się zorientuje w sytuacji. Kiedy to się stało, spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem, chwyciła tygryska i zaniosła go do łóżka, gdzie zajął swoje stałe od tej pory miejsce. Tygrysy w ręczniku mieszkały nadal, ale teraz ryczały już znacznie ciszej. Ot choćby i dlatego, żeby nie obudzić śpiącego ziomka.

Dziś już nie potrafię przypomnieć skąd jej się to wzięło, gdzie o tym usłyszała. Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek próbowałem to wyjaśniać. Jedno jest pewne. Od tamtego dnia do suszenia włosów nieodmiennie był potrzebny tata.



wtorek, 05 lutego 2013

Z niemowlakiem jest łatwo. Bierzesz go na ręce i po prostu przytulasz. Oboje w jakiś sposób tego potrzebujecie. Przytulone dziecko w wyraźny sposób okazuje swoje zadowolenie. Przytulone dziecko daje Ci odczuć, że czuje się bezpiecznie. Przytulone dziecko uspokaja się. Kolki, wyrzynające się ząbki, lęki przed ciemnością stają się coraz mniej dokuczliwe, kiedy dziecko znajdzie schronienie w ojcowskich objęciach.

Chodzące, albo biegające już dziecko, potrafi samo zatroszczyć się o przytulenie. Lgnie do Ciebie, łapie się w chwilach niepewności, chowa się w przerażających go momentach życia. Instynktownie wyczuwa, że przytulające go ramiona chronią go, dają poczucie bezpieczeństwa, potwierdzają, że jest kochane, ważne, potrzebne. Wie, że w objęciach rodzica odnajdzie sen, uspokojenie.

Pójście do szkoły w zasadzie nie zmienia sytuacji. Z przytulaniem nie ma większego problemu. Aż do pewnego momentu. Kiedy słyszysz: "Przestań, duży już jestem", świat zaczyna nagle wirować przed oczami. "To jak to," - myślisz sobie - "już mnie nie kocha? Nie potrzebuje? Nie chce?". Czasem próbujesz nadal, nieco na siłę, nieco zachęcając. Co czujesz kiedy ono odmawia? Czy potrafisz to zaakceptować?

Wydawać by się mogło, że potrzeba przytulania z wiekiem stopniowo jeszcze bardziej zanika. Widzisz, że Twoje dziecko robi się coraz bardziej samodzielne, niezależne, coraz bardziej dorosłe. "Nie, nastolatek już nie potrzebuje przytulania". Nic bardziej mylnego. Potrzeba przytulenia zmienia się, przekształca, ale nadal nie znika. Istnieje.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ojcowie powinni przytulać swoje dzieci? Powiem Ci. Ponieważ od taty płynie jakiś taki szczególny rodzaj siły. Ramiona mężczyzny są inne, są twardsze, mocniejsze. Schowanie się w takich ramionach daje dziecku prawdziwą pewność siebie. Zaopatruje go w odwagę. O poczuciu przynależności nawet nie wspominam. Nie możesz bać się, przytulania swojego dziecka. Rób to jak najczęściej. Wypraktykuj sposób przywitania czy pożegnania oparty na przytuleniu. Im wcześniej zaczniesz, tym lepiej. I nigdy, pod żadnym pozorem, nie wstydź się tego, że przytulasz swoje własne dziecko. Jeśli wypraktykujesz od wczesnych lat życia przytulańce, możesz być pewien, że zostanie to w nim na długo, na bardzo, bardzo długo.

A jeśli tak się nie stało? Jeśli tego nie zrobiłeś? Jeśli Twoje dziecko nie chce już przytulenia? Jeśli odrzuca? Czy można to naprawić?

Owszem, można. Co mu powiesz? Powiesz mu: "No chodź, nie wstydź się"? Albo: "Jeszcze jesteś dzieckiem, to normalne"? A może: "Inni ojcowie też przytulają dzieci w Twoim wieku"? Proponuję tego nie robić. Jeśli poczujesz, że dziecko buntuje się przeciwko przytulaniu - uszanuj to. Ono ma do tego prawo. Ale nie rezygnuj całkiem. Przy różnych okazjach, ale lepiej zupełnie bez okazji, pytaj, czy możesz je przytulić. "Chciałbym cię teraz przytulić. Mogę?", "Bardzo mi zależy na tym, żeby Cię przytulić. Pozwolisz?". 

Nie przekonuj, że tak trzeba, tylko pytaj się czy ono tego chce i zapewniaj, że Tobie zależy. Gwarantuję Ci, że jeszcze wiele razy będziesz miał okazję przytulić własne dziecko.

 
1 , 2